Po trzech latach bez urlopu i utrzymującej się wszechobecnej bryndzy finansowej, zapadła decyzja. Urlop musi wreszcie być. Nieważne, że namiot jest dziurawy, aparaty cyfrowe zepsute, a sakiewka pusta - wyjeżdżamy. Postanowiliśmy wybrać coś ciekawego, coś co będziemy długo wspominać. Wybraliśmy wyprawę do Południowych Włoch autostopem. Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.
Przejazd tzw. okazją przez państwa, w których taki sposób podróżowania był praktykowany już od lat siedemdziesiątych jest prawdziwą przyjemnością. Kierowcy nie boją się podwozić autostopowiczów i kolejne kilometry przebywa się bardzo szybko. Nie jest większym kłopotem dotarcie do oddalonych od głównych szlaków komunikacyjnych ciekawych miejsc, do których nie docierają nawet środki miejscowej komunikacji.
Po dotarciu do celu, co już przyszło nam z trudem ze względu na opór lokalnej ludności, okazało się, że ze względu na brak środków transportu jesteśmy praktycznie przykuci do miejsca, w którym rozbiliśmy namiot. Samochód mieli tylko wybrani, a jak już go mieli to nie po to, żeby wozić jakiś obcych autostopowiczów, którzy przecież mogą pobrudzić tapicerkę, albo nie daj boże zwymiotować na dziurach.
Ograniczony czas urlopu niestety nie pozwolił nam na odwiedzenie wszystkich okolicznych zakamarków. Troszkę chodziliśmy na skalistą plaże, troszkę łaziliśmy się po klifach, trochę próbowaliśmy potraw miejscowej kuchni. Niestety w trakcie jednej z wycieczek na skałki ktoś był uprzejmy rąbnąć nam cały plecak. Pal licho stos brudnej bielizny, ale niestety przy okazji zginął też aparat Nikon D5000 oraz walkmann Panasonic. Trochę nam to skwasiło nastój i niestety wymusiło wydatki. Ostatni tydzień niestety cały czas padało, więc do domu powróciliśmy w nastrojach minorowych z poczuciem zmarnowanego czasu.